Z pamiętnika nie tak starego subiekta, czyli o tym, że warto klientów słuchać

Kilka lat temu kierowałem działem sprzedaży i marketingu dużej drukarni. Aby mocno zaznaczyć swą obecność na rynku, należało zaistnieć na najważniejszych platformach reklamowych. Po trzech latach obecności na nich doszedłem do wniosku, że koszty są niewspółmierne do efektów i w kolejnym budżecie zmniejszyłem przeznaczone na to środki. Kiedy przyszedł czas odnowienia umów, zaplanowałem sobie półgodzinne spotkania z przedstawicielami trzech firm.

Zbliżały się święta i koniec roku, atmosfera była już nieco swobodniejsza. Pierwszy przyszedł sprzedawca z firmy X. Znaliśmy się już wcześniej, więc bez wstępów omówił posiadany przez nas produkt, proponując rozszerzenie zakresu reklamy i zwyżkę abonamentu o 10%. Przedstawiłem swój punkt widzenia i powiedziałem, że na odnowienie umowy przeznaczyłem kwotę znacznie niższą od zaproponowanej. Sprzedawca dokładnie wypytał mnie o powody, upewnił się, że moja decyzja jest nieodwołalna, a następnie przygotował dokumenty na zaproponowaną przeze mnie kwotę.

Następnie w moim pokoju zjawiła się przedstawicielka firmy Y. Przejęła bazę klientów po koleżance, nie znała wcześniej ani mnie, ani firmy. Przez pierwszych kilka minut właściwe nie dopuściła mnie do głosu, opowiadając o nowych możliwościach platformy, oszczędnościach, jakie z tego tytułu uzyska moja firma i sporych zyskach, jakie uczestnictwo w niej generuje. Nie zapytała mnie o nic, a kiedy oznajmiłem, że nie interesują mnie nowości, ponieważ mam określoną kwotę na odnowienie umowy, powtórzyła to, o czym mówiła już wcześniej, zdziwiła się, że jednak nie skorzystam z oferty i w końcu wypełniła niezbędne dokumenty na sumę, którą jej wskazałem.

Nieco już zmęczony oczekiwałem trzeciej wizyty. Nagle stanął przede mną energiczny i uśmiechnięty młodzieniec, sprzedawca z firmy Z. Równie szybko przed moimi oczami pojawił się ekran laptopa, na którym sprzedawca odtworzył filmik reklamowy, a następnie zaprezentował całą serię wykresów. Z prezentacji wynikało, że stanę się bardzo bogatym człowiekiem, pod warunkiem oczywiście, że zakupię produkt trzykrotnie droższy od posiadanego. Na moje obiekcje, że cena jednak odbiega od mojego budżetu i wydaje się zupełnie nieadekwatna do wartości, był nieugięty. Jak z rękawa sypał nowymi danymi i symulacjami, prezentował kolejne tabele i wykresy… Nie zadał mi jednak żadnego pytania. A kiedy na moim biurku wylądował reklamowy parasol (taki suwenir od firmy), to właściwie straciłem nadzieję, że uda mi się kupić to, czego potrzebuję. W końcu postawiłem ultimatum: albo mój budżet, albo nic! Z młodzieńca uszło powietrze, wypisał dokumenty, pożegnał się i poszedł.

Dostęp możliwy dla zalogowanych użytkowników serwisu. Jeśli posiadasz aktywną prenumeratę przejdź do LOGOWANIA. Jeśli nie jesteś jeszcze naszym Czytelnikiem wybierz najkorzystniejszy WARIANT PRENUMERATY.

Zaloguj Zamów prenumeratę
Drukuj

Zobacz również

Polecamy

Archiwum